Wpis zawiera reklamę sponsorowaną
Na myśl o Hiszpanii zazwyczaj zaczynamy wyobrażać sobie plaże, morskie i słoneczne kąpiele oraz upały, które wywołują w nas lenistwo i wakacyjną beztroskę. Polska zima i okres ferii zimowych wygania albo na narciarskie stoki i zimowiska, albo w odległe ciepłe kierunki, dzięki którym zapominamy o rodzimej szarzyźnie i z rozkoszą oddajemy się słonecznym kąpielom. Ale w tym okresie, istnieją jeszcze destynacje „pomiędzy”… Takie, które sprzyjają długim spacerom, zwiedzaniu, odkrywaniu zakamarków małych, historycznych miasteczek oraz przenoszą nas gdzieś bliżej utęsknionej wiosny. I takie właśnie w lutym było hiszpańskie, katalońskie wybrzeże Costa Brava.
Do miejscowości Parc de Calella, która leży w Katalonii na Costa Brava możesz wybrać się nie tylko na ferie zimowe z biurem podróży Itaka, którego oferty do tej słonecznej destynacji znajdziesz pod linkiem poniżej.
<<<Wybrzeże Costa Brava z Itaką>>>
Costa Brava po hiszpańsku znaczy „dzikie wybrzeże” i taki właśnie jest ten odcinek katalońskiej linii brzegowej. Zatoczki z krystalicznie czystą, turkusową wodą przeplatają się z wysokimi, poszarpanymi klifami i pięknymi widokami. Popularne i urokliwe katalońskie miasteczka nadmorskie ciągną się od granicy z Francją przez wybrzeże barcelońskie, aż do granicy z sąsiednią Walencją.
Calella, w której się zatrzymaliśmy, okazała się również dobrą bazą wypadową do zwiedzania okolicznych miejscowości- takich jak Girona, Tossa de Mar, Blanes, czy Figueres. No i oczywiście do zwiedzania Barcelony– stolicy tego autonomicznego regionu, która obfituje w muzea, zabytki i co ważne dla fanów piłki nożnej, jest również siedzibą legendarnego klubu FC Barcelona.
Barcelonę można zwiedzać i odkrywać na nowo bez końca, więc na pewno zasługuje ona na osobną podróż i historię. Dla wszystkich tych, którzy lubią city-breaki biuro podróży Itaka, także ma takowe city-breaki w swojej ofercie. Pod linkiem poniżej znajdziecie propozycje krótkich wypadów do Barcelony.
<<<City break w Barcelonie z Itaką>>>
Tymczasem wróćmy do naszej bazy wypadowej i rozejrzyjmy się trochę po bliższej i dalszej okolicy:
- Parc de Calella i “wilk”
- Barcelona- dwie atrakcje na dwa dni
- Girona- nie tylko „Gra o tron”
- Figueres i Salvador Dali
- Tossa do Mar i Blanes
Parc de Calella i “wilk”
Przechadzając się ulicami Calelli prędzej czy później dotrzemy do pomnika „wilka”– tak przynajmniej wydawało mi się na pierwszy rzut oka. Pomnik upamiętnia pewne lokalne zdarzenie i klasyfikuje się w moim osobistym katalogu „opowieści dziwnej treści”. Ponieważ oto okoliczna ludność przerażona nagłym pojawieniem się rzekomej wilczycy, postanawia spontanicznie na owo zwierzę zapolować i położyć tym samym kres strachowi, który padł bladym cieniem na miasto. Po obławie i uśmierceniu zwierzęcia okazało się, że nie był to wcale wilk, a najzwyklejszy w świecie- owczarek niemiecki… Pomyłka miała wynikać z tego, że znajomość tej rasy nie była zbyt rozpowszechniona w Katalonii na początku XX w., dlatego miejscowi łatwo pomylili psa z wilkiem. Ta lokalna ciekawostka turystyczna została upamiętniona w postaci pomnika owej „bestii”.

Calella oferuje również całkiem zwyczajne historie w postaci piaszczystych plaż, parków, klifów, punktów widokowych, hoteli, knajpek i innych lokali gastronomicznych. Ogólnie wszystkiego tego, co jest turyście potrzebne do tygodniowego wypoczynku. Calella jest również doskonałą bazą wypadową do zwiedzania Barcelony, do której wygodnie w nieco ponad godzinkę można dotrzeć pociągiem linii „R1” ze stacji Pineda de Mar.





Barcelona- dwie atrakcje na dwa dni
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że dwa dni to zdecydowanie za mało na Barcelonę, ale lepszy rydz niż nic. Z całej listy barcelońskich atrakcji wybraliśmy sobie do zwiedzania dwie: dzieło życia Gaudiego- Sagrada Familia i Muzeum FC Barcelona. Nie obyło się również bez spontanicznego eksplorowania tkanki miejskiej, podziwiania architektury, wydawania okrzyków zachwytu, przesiadywania w knajpkach, włóczeniu się po bazarze etc.

Sagrada Familia
Bazylika, będąca w sumie od 1882 r. ciągłym placem budowy, jest jednym z tych miejsc, które aż proszą się o odwiedzenie niezależnie od stosunku do wiary. Nie należy się też z tym zwiedzaniem spieszyć. Żeby w pełni poczuć monumentalność i klimat dzieła Antonia Gaudiego pośpiech jest wielce niewskazany. Po Sagradzie można chodzić i pół dnia, można i cały dzień, a i tak za każdym razem dostrzeże się jakiś nowy detal, zauważy snop światła wpadający przez kolorowe witraże pod innym kątem niż pięć minut wcześniej. Dzięki darowiznom spływającym z całego świata oraz wpływom ze sprzedaży biletów budowa bazyliki może być kontynuowana. Szacuje się, że dotychczasowa jej budowa pochłonęła około 375 mld euro. A jeśli już mowa o biletach, to dobrze zawczasu zakupić bilety przez internet z oficjalnej strony Sagrady Familii (www.sagradafamilia.org). W sieci aż roi się od różnej maści pośredników sprzedających bilety. Oczywiście cena biletu za to „pośrednictwo” jest wyższa niż biletu zakupionego na stronie bazyliki. Wejściówki nabywa się na dany dzień i konkretną godzinę, należy również pobrać aplikację Sagrady i zabrać ze sobą słuchawki do telefonu, aby móc skorzystać z audio przewodnika.



Muzeum FC Barcelona
Obok „sacrum” Gaudiego czai się też „profanum”, które jest miejscem niemalże obowiązkowym do odwiedzenia dla fanów piłki nożnej- Muzeum FC Barcelona, czyli świątynia barw „blaugrana”, czy jak kto woli „Dumy Katalonii”. Ze względu na przebudowę Spotify Camp Nou, skorzystaliśmy z dostępnego w tym czasie zwiedzania pod postacią „Barça Immersive Tour”, czyli opcji zwiedzania w nowoczesnej przestrzeni przy stadionie, gdzie historia klubu podawana jest zarówno w klasycznej (historyczne trofea, puchary, pamiątki klubu, koszulki klubowe etc.), jak i multimedialnej wersji- bardzo błyszczącej, przyciągającej zmysły i bardzo fotogenicznej.

Jest też osobna strefa poświęcona Leo Messiemu i jego piłkarskim osiągnięciom w barwach Barcelony oraz sala 360°. Właśnie w niej dzięki ruchowi obrazów z piłkarskich stadionów, dźwiękom i emocjom poczułam się, jakbym przez chwilę była na prawdziwym meczu.

Bilety do muzeum warto zakupić wcześniej przez oficjalną stronę muzeum, żeby uniknąć kolejek do kasy biletowej. Fani klubu powinni natomiast przygotować osobny budżet na zakupy w sklepiku z klubowymi pamiątkami… Tanio nie jest 😉.

Girona- nie tylko lotnisko i „Gra o tron”
Girona była dla nas nie tylko miejscem początku i końca naszych ferii zimowych (bo tu znajduje się lotnisko), ale i miejscem, które zapamiętaliśmy z serialu „Gra o tron”. Nęceni serialowymi kadrami, które zapadły nam w pamięć, wybraliśmy się do Girony na wycieczkę krajoznawczo- porównawczą. Z Parc de Calella to tylko godzinka wypożyczonym samochodem (link do strony wypożyczalni, z której korzystaliśmy znajduje się tu-> Olimpia). Szybko jednak okazało się, że historyczne centrum Girony broni się samo i wcale nie potrzebuje być scenografią planu serialowego, żeby podobać się i zachwycać. Girona jest po prostu bajeczna! Kamienne schody, wąskie zaułki, mosty i kolorowe domki nad rzeką Onyar, do tego kilka historycznych epok, zachowana część miejskich murów, katedra, knajpki i sklepiki z lokalnym rękodziełem- sprawiają, że bardzo przyjemnie jest zapuścić się w to miasto i eksplorować je bez zbędnego pośpiechu.



Wszyscy fani serialu na pewno kojarzą schody prowadzące do katedry w Gironie. Udawały one Wielki Sept Baelora w Królewskiej Przystani, czyli miejsce, w którym atmosfera była zwykle tak gęsta, że można by ją kroić valyriańską stalą. Ponadto miałam wrażenie, że każdy turysta chce tu uszczknąć dla siebie choć kawałek tej przestrzeni, bo kultowe schody były fotografowane pod każdym możliwym kątem. W rzeczywistości schody do katedry są po prostu imponujące i także zagwarantują nam dobry trening kardio. Natomiast biorąc pod uwagę „sławę” owych schodów, to sama zabytkowa katedra, do której prowadzą, z największą gotycką nawą na świecie, wydaje się być jedynie ich elementem.


Oprócz schodów na uwagę zasługuje także plątanina uliczek w dawnej i jednej z najlepiej zachowanych średniowiecznych dzielnic żydowskich- El Call, która idealnie pasowała do mrocznych i tajemniczych scen z Aryą Stark.

Reasumując- Girona broni się sama, bez pomocy serialu, choć serial na pewno przyczynił się do rozsławienia jej uroków. Jeśli będziecie na Costa Brava, to bardzo polecam zajrzeć do Girony, aby osobiście przekonać się o jej urokach.

Figueres i Salvador Dalí
Wejście do świata artysty jest wkroczeniem w relację twórca- odbiorca. Od tego momentu już nic nie będzie takie jak dawniej. W przypadku Salvadora Dalego i jego dzieł ta relacja staje się więcej niż surrealistyczna. Bo oto wyłaniają się z niej obrazy jak z najbardziej odjechanego snu pokręconego artysty, a rozum i żelazna logika w pośpiechu kierują się do wyjścia ewakuacyjnego. Takie właśnie jest Muzeum Salvadora Dalego w Figueres– jego rodzinnym mieście- z pozoru pozbawione sensu, bizarne, niepokojące. To muzeum zadaje cios poniżej pasa wszystkim klasycznym muzeom i mówi- „patrzcie! Sprawdźmy, kto ma większe jaja!”. A jaja owo muzeum ma naprawdę spore, bo widać je dokładnie z daleka… A to dopiero początek!

Salvador Dalí zbudował swoje własne muzeum na zgliszczach starego teatru miejskiego. Sztuka zrodzona z popiołów przybrała oblicze, które najlepiej oddaje ducha twórczości artysty, który żył, żeby tworzyć, a tworzył, żeby szokować.
Normalnie już było!
Czy dzieci nudzą się w muzeach? Bywa- zależy od dzieci. Czy tu będzie podobnie? Ależ skąd, wręcz odwrotnie! Bo okazuje się, że w wyobraźni twórcy, nic nie było niemożliwe albo na wyrost. Podobnie jest z dziecięcą wyobraźnią, której jeszcze brak hamulców…
Spodziewajcie się niespodziewanego!
Jedną z najbardziej znanych atrakcji jest sala Mae West. Z pozoru widzimy w niej meble, kominek, zasłony i czerwoną kanapę w kształcie ust, ale jeśli spojrzymy z odpowiedniego punktu na podwyższeniu, do którego ustawiają się niemałe kolejki, cały pokój układa się w twarz amerykańskiej aktorki i piosenkarki.

Kolejny hit to „Deszczowy Cadillac”, czyli samochód, w którym…pada deszcz. Brzmi bez sensu? Oczywiście. I właśnie dlatego pasuje tu idealnie, bo im mniej sensu w uniwersum Dalego, tym lepiej.


Teatr- muzeum w Figueres to największa i najbardziej różnorodna kolekcja dzieł Dalego na świecie. Znajdziemy tu nie tylko obrazy, ale również rzeźby, instalacje, biżuterię, hologramy i różne artystyczne fikołki wyobraźni artysty. Jeśli tylko czas i chęci pozwolą, to zdecydowanie jest to miejsce warte odwiedzenia podczas wakacji na Costa Brava.

Salvador Dalí bardzo często upamiętniał na obrazach swoją żonę Galę Dalí

Tossa do Mar i Blanes
Jeśli luty nie jest idealnym miesiącem na swobodne, nieskrępowane ogłupiającymi upałem eksplorowanie Costa Brava, to ja nie wiem, jaki miesiąc nim jest! Bo jeśli włóczyć się po tym wybrzeżu bez celu, to właśnie podczas hiszpańskiej zimy. My zapuściliśmy się na szwendaczkę do Tossa de Mar i Blanes.
Tossa de Mar jest piękne jak kadr z pocztówki, a górujące nad nim Vila Vella, czyli stare, otoczone murami miasto, jeszcze bardziej dodaje mu uroku. Plątanina wąskich uliczek, kamienne zaułki, knajpki, spacerujące dumnie koty, błękit morza i temperatura, która bardziej skłania do aktywnego wypoczynku, niż do modlenia się do klimatyzacji, są kombinacją idealną.


Z pocztówkowego i romantycznego Tossa de Mar, ruszyliśmy do Blanes– bardziej „miejskiego” miasta, które z kolei uchodzi za symboliczną bramę Costa Brava. To właśnie tutaj, przy charakterystycznej skale Sa Palomera, zaczyna się „dzikie wybrzeże”. Blanes niczego nie udaje, jest po prostu sobą, czyli nadmorskim miastem z promenadą, portem i… ogrodem botanicznym Marimurtra położonym wysoko nad morzem na klifach. Ogród stworzył niemiecki przedsiębiorca i pasjonat przyrody Carl Faust, który postanowił zainwestować majątek nie w kolejną willę z basenem, lecz w botaniczne marzenie. Dziś można tam zobaczyć tysiące gatunków roślin z różnych zakątków świata. Ci co na roślinach totalnie się nie znają również powinni być zadowoleni, gdyż okoliczności, nomen omen, przyrody są na tyle miłe oku, że spokojnie wynagradzają brak botanicznej wiedzy.


Tossa de Mar i Blanes pokazują dwa różne oblicza Costa Brava, które razem tworzą bardzo przyjemny duet na jednodniową wycieczkę- taki, po którym człowiek wraca do hotelu zmęczony, nasycony widokami i katalońskim klimatem, przewiany morską bryzą i bardzo zadowolony z życia.
Mam nadzieję, że ten wpis zachęcił Was do spojrzenia na Costa Brava nie przez pryzmat „Pamiętników z wakacji” i lejącego się żaru z nieba, a pokazał, że to hiszpańskie, katalońskie wybrzeże ma w sobie ogromny potencjał również na chłodniejsze pory roku.
Na mapce poniżej umieszczam lokalizację większości opisanych przeze mnie w tym artykule miejsc.
*Spodobał Ci się ten artykuł? To skomentuj, poślij dalej w świat albo zaobserwuj profil na Instagramie albo na Facebook’u.
**Spodobał Ci się ten lub inny artykuł na blogu? To postaw mi wirtualną kawę:). Wesprzesz mnie w ten sposób jako autorkę internetową. Możesz to zrobić klikając w ikonkę poniżej.



